Artykuł o śp. o.Piotrze Sobolu CP

ARTYKUŁ O ŚP. O. PIOTRZE SOBOLU CP

Poniżej zamieszczamy kopię artykułu, jaki ukazał się w tygodniku "Niedziela" z dn. 24 września 2017 z racji śmierci i pogrzebu Ojca Piotra Sobola CP (najpierw fotokopia, a potem osobno sam tekst artykułu - większą czcionką niż to oddaje fotokopia). Zachęcamy do nabycia tego numeru czasopisma - dostępnego m.in. w naszym kiosku parafialnym.

ARTYKUŁ NIEDZIELA1

ARTYKUŁ NIEDZIELA2

KURS NA.... DRUGIEGO CZŁOWIEKA

     Czy można opisać lata dobra, ogarnąć słowem ludzką wiarę czy bezgraniczne zaufanie Bogu? Czy w jednym tekście da się pokazać, jak bardzo ktoś ofiarowuje siebie innym? Czy wyrazami da się namalować portret kogoś zwyczajnego, ale niezwykłego, kogoś, kto był kimś, choć przecież zawsze pozostawał jednym z wielu kapłanów, zakonników, kto był na drugim planie, kto nie narzucał się z niczym a przecież działał?

     Gdy słucham opowieści o o. Piotrze, pasjoniście łzy płyną mi razem z tymi, ktorzy o nim mówią. Gdy pochylam się na moment nad tym, czego ludzie doświadczyli od niego, wzruszenie zapiera dech. Gdy widzę zaszklone oczy, gdy docierają do mnie urywane wspomnienia, wiem, że nic w życiu nie jest przypadkiem. I że kochać, to znaczy być. Tak, jak był on. To posługa w hospicjum, wyjście do ludzi i potem choroba sprawiły, że wielu odkryło w nim ten blask, że zobaczyło, że ten normalnie pracujący w parafii kapłan ma piękną duszę i że to jego piękno widoczne jest przez pryzmat drugiego człowieka. Cichy, pokorny, nie zwracający na siebie uwagi, a jednak jego talenty wyszły w momencie spotkania z człowiekiem, w pracy  duszpasterskiej, wtedy gdy pochylał się nad tymi, którzy cierpią...

     "Dziękuję Panu Bogu za drugą mamę" - takiego sms-a otrzymała p. Wiesia. - Nigdy go nie skasuję - zapewnia, ocierając łzy i opowiada o pięknym kapłaństwie młodego pasjonisty. - W swojej chorobie był dwa kroki przed nami - mówi o. Artur - przełożony łódzkich pasjonistów, a zarazem przyjaciel od czasu nowicjatu. - Czego nas nauczył? Serdeczności do drugiego człowieka, obojętnie kim ten drugi jest - opowiada Ewa, koleżanka z dzieciństwa o. Piotra. Ojciec Piotr Soból odszedł 11 września w jednym z warszawskich szpitali. Po długiej, wyniszczającej organizm chorobie, po, wydawać by się mogło, udanym przeszczepie wątroby, przy nadziejach bliskich i przyjaciół na powrót do zdrowia. Modlili się za niego wszyscy, nawet ci, których nie spotkał na swojej drodze. Teraz wierzą, że ich prośby do Boga zostały wysłuchane, bo o. Piotr zmarł w cichości, pokorze i wielkim zawierzeniu. Mają teraz w Niebie swojego orędownika: dobrego, cierpliwego, pogodnego i pełnego miłości do tego, kto obok. Takiego, jakim był tu, na ziemi. Przy chorych, którym posługiwał w hospicjum, przy wolontariuszach, których prowadził jako duszpasterz, przy muzykach, z którymi tak lubił śpiewać. Przy tych, którym za serce odpłacał swoim sercem i przyjaźnią.

Wychodził poza ramy

     O. Piotr Soból był przez wiele lat kapelanem hospicjum domowego łódzkiej Caritas. I to pewnie tu najpiękniej objawiło się jego powołanie. W założeniu funkcją kapelana jest formacja duchowa osób posługujących (pracowników, wolontariuszy) natomiast o. Piotr, jeśli trzeba było, wychodził poza ramy tzw. zakresu obowiązków. Gdy ludzie potrzebowali kapłana, on przy nich był. Gdy zdarzały się sytuacje, że ktoś odchodził niepogodzony z Bogiem, o. Piotr rzucał wszystko i jechał. Gdy wolontariusze potrzebowali rozmowy, spowiedzi, rady - nigdy nie zostawiał ich samymi. To w hospicjum jego ścieżki splotły się z drogami p. Wiesi, wolontariuszki, liderki grupy modlitewnej. - W ostatnich miesiącach, gdy ledwo chodził zdarzył się telefon - ktoś kona. O. Piotr powiedział tylko: "pani Wiesiu, mamy kurs na Widzew", i... pojechał do umierającego - wspomina. Podkreśla też, że taki był, bo choroba sprawiła, że inaczej patrzył na tych, do których Bóg go posyłał. Ich wspólne wyjazdy do chorych, pielgrzymki, spotkania i skupienia modlitewne stały się zalążkiem pięknej przyjaźni. - Traktowałam o. Piotra, jak syna - mówi - był pogodny, radosny, z dużym poczuciem humoru, ogromnie inteligentny i z wielkim szacunkiem do drugiego człowieka - opowiada. Na co dzień uzgadniali ze sobą wiele spraw, na wyjazdach śmiali się często do łez. To, co obserwowała, a co wzruszało ją, to relacje o. Piotra z mamą. Przypomina sobie, jak podczas jednego z wyjazdów była świadkiem sceny, gdy ich kapelan podszedł do modlącej się przed obrazem Matki Bożej mamy i delikatnie pogładził ją po policzku. - To był cudny widok, ten gest syna do matki - mówi.

     Gdy pracował w hospicjum jako kapelan, zachorował. Jednak nigdy nie mówił o swoim cierpieniu, chorobie, nigdy nie dał poznać, że coś mu dolega. Pytania o stan zdrowia zbywał: czuję się świetnie, bardzo dobrze. Pani Wiesia pamięta telefon od ojca Piotra, 22 sierpnia przed północą: jadę, bo jest dawca. - Wysłałam wtedy sms, by się za niego modlić - mówi -  i takiego niesamowitego odzewu wolontariuszy hospicjum i osób spoza, nie pamiętam - dodaje. Gdy przeszczep wątroby się udał, czuwali przy nim przyjaciele i rodzina. Opiekowali się nim na zmianę. Także pani Wiesia pojechała do Warszawy. Po policzkach płyną jej łzy, jak opowiada o tamtych ostatnich jego dniach. W dniu, kiedy odszedł, od rana była w szpitalu. - Bardzo dobrze się czuł, chodził, jadł, rozmawiał. Ok. g.17:00 poprosił żebym pojechała na nocleg, odpocząć - mówi, często urywając zdania - podaliśmy sobie ręce, on pocałował moją, a ja jego - dodaje ze wzruszeniem. "Pani Wiesiu, ja pani za wszystko dziękuję" - powiedział. Wieczorem, gdy była w pokoju, nagle zerwała się silna wichura. I po chwili wszystko ucichło. - To był czas, gdy ojciec odchodził... - mówi. Łzy płyną po jej policzkach, gdy mówi o jego kapłaństwie, o jego podejściu do ludzi, takim nienarzucającym i cichym rozwiazywaniu konfliktów, łagodzeniu sporów, o ogromnym i bezgranicznym zawierzeniu Maryi, gdy wspomina, jak bardzo ufał Bogu, w to, że to On najlepiej się nim zajmie. - Ostatnia sierpniowa msza w hospicjum: na ołtarzu stała szklanka wody, o. Piotr siedział, ale także wtedy nie okazywał cierpienia, bólu, jedynie pokorę i swoje 'tak' bożym zamysłom - wspomina.

Modlitwa na kolanach

     I o tym wielkim zawierzeniu opowiada także Ewa, koleżanka z przedszkola i oazy. - Był bliski mojemu sercu zawsze - mówi. - Jak ogromnie wszyscy byliśmy szczęśliwi i dumni z niego, że został kapłanem - podkreśla. Po latach spotkali się w swojej parafii. Piotr został opiekunem duchowym zespołu, w którym śpiewa. Gdy tylko mógł towarzyszył im w śpiewie, odprawiał dla nich msze święte i skupienia, spowiadał. Wtedy doświadczyli jego serdeczności, troski, pocieszenia, ale też przekonali, że zawsze można było na niego liczyć. - Teraz, gdy odszedł zostało wzruszenie i łzy, bo tak wiele dobra otrzymaliśmy. Podkreśla, że był kapłanem maryjnym - powierzał nas wszystkich i siebie Maryi i wszystko co robił, robił z miłości do Niej. I to własnie to świadectwo tak bardzo uderza teraz. - nauczył nas czegoś niesamowitego: by ślepo ufac Maryi, klękać i prosić, wierzyć - mówi. I jeszcze coś, co zostanie - to serdeczność dla drugiego człowieka, zatrzymanie i wsłuchanie się w to, co mówi i czego potrzebuje. - On był prawdziwym sługą dla nas - dodaje pani Ewa. - Jego życie, to był jego wielki egzamin z miłości bliźniego w praktyce - zauważa o. Artur -.  Miał niezwykły dar podejścia do osób świeckich, i choć musiał kogoś poznać, by dać się zaprzyjaźnić, to zjednywał sobie ludzi - dodaje. O. Piotr Soból był też dobrym rekolekcjonistą. Lubił głosić nauki i chętnie przyjmował zaproszenia do parafii czy wspólnot. I pomimo postępującej choroby chciał Słowo Boże siać w sercach ludzkich. I to mu się udawało. Gdy przed operacją przyjmował wiatyk, jak opowiada o. Artur, był pełen pokoju. Tak, jak ci, których spowiadał i namaszczał przed śmiercią - współbracia w zakonie i podopieczni hospicjum.

Pożegnanie...

     15 września  w piątek - dzień pasyjny i we wspomnienie liturgiczne M.B. Bolesnej bliscy, przyjaciele i ci, których kochał i którzy kochali jego, pożegnali o. Piotra. Rok temu, 15 września 2016 roku obchodził srebrny jubileusz życia zakonnego. W 2017 roku dzień 15 września - dzień pogrzebu -  splót życie kapłana maryjnego i zakonnika, który głosił Mękę Pańską również swoim życiem, cierpieniem i umieraniem w drodze do Domu Ojca. Jednak zostało to, co pokazał swoim życiem - tak bardzo widocznym dopiero, gdy słucha się opowieści o nim: w każdym księdzu, zakonniku, jest to piękno, które Bóg objawia stawiając na drodze ludzi. Tylko my, świeccy, musimy nauczyć się je dostrzegać, spoglądając głębiej. O. Piotr zmarł w 26 roku życia zakonnego i 22 roku kapłaństwa.

     Na facebookowym profilu ojca jego przyjaciele napisali: dziękujemy za to, że byłeś z nami, uczyłeś nas, wolontariuszy hospicjum, miłości miłosiernej i posługiwania do samego końca. Teraz jesteś szczęśliwy w domu Ojca. Na zawsze pozostaniesz w naszych sercach, pamięci i modlitwie.

Anna Skopińska

"Niedziela" nr 39 z 24 września 2017

 

Poprawiony (niedziela, 24 września 2017 13:34)

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież